środa, 28 września 2016

Makaronowa sałatka z tuńczykiem

Niedawno były urodziny mojego M. zupełnie spontanicznie i pod wpływem chwili postanowiłam zorganizować mu imprezę niespodziankę, która okazała się w 100% sukcesem!! Znajomi dopisali, przyszli w 100% frekwencji. Ja jako gospodyni i pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia postanowiłam zadbać o stronę gastronomiczną imprezy (czy kogoś to jeszcze dziwi? :D ) z racji tego, że impreza była konspiracyjna i mój M. nic o niej nie wiedział nie mogłam rozpocząć przygotowań na dwa dni wcześniej jak mam to w zwyczaju stąd menu musiało byc proste i szybkie w realizacji stąd postawiłam na znane i lubiane pozycje takie jak:
Sałatka Grecka, grzanki z masłem czosnkowym, Deska serów, Banoffee oraz sałatkę, o której w dalszej części wpisu :) Ta sałatka powstała ze względu na to, że szczęśliwe kurku mojego teścia ogłosiły strajk i nie znoszą jaj w takiej ilości aby móc sobie z nich bezkarnie i bez oszczędności korzystać ;) W pierwszym momencie planowałam zrobić jajka na twardo

faszerowane musem tuńczykowym z racji, że jajek zabrakło pozostał mi tuńczyk i burza myśli w głowie! :) Po obiedzie została mi porcja makaronu a w lodówce czekały różne ciekawe dodatki tak powstała sałatka z tuńczykiem, która smakowała wszystkim tak bardzo, że goście wyczyścili miskę do cna! :) Smakuje wyśmienicie więc z pewnością jeszcze nie raz ja przygotuję!

Składniki:
20dag makaronu kokardki, muszelki (u mnie kokardki i wstążki - taki został z obiadu)
1 puszka tuńczyka w kawałkach w sosie własnym
6-8 suszonych pomidorów
2 ogórki konserwowe
1 mała czerwona cebulka
2 ogórki zielone (krótkie)
1/2 strąka czerwonej papryki
1/2 puszki kukurydzy
1/2 pęczka pietruszki
2 łyżki majonezu
2 łyżeczki musztardy sarepskiej
sól, pieprz do smaku

Do ugotowanego i przestudzonego makaronu dodać ogórki i paprykę pokrojone w kostkę, suszone pomidory pokrojone w paseczki, drobno posiekaną cebulkę, kukurydzę, odsączonego z wody tuńczyka, majonez, musztardę, sól, pieprz i posiekaną natkę pietruszki. Całość wymieszać, odstawić na pół godziny do lodówki lub podawać od razu po przygotowaniu.

poniedziałek, 26 września 2016

Śląska sałatka z cukinii na zimę z pietruszką i czosnkiem

Byłam święcie przekonana, że przepis na tą sałatkę zamieściłam już kilka tygodni oczywiście myliłam się, bo dodałam ale wzmiankę na fb, że taką sałatkę poczyniam! :) Gdy czytelnicy uświadomili mi, że czekają na przepis olśniło mnie, że nie dodałam go na bloga! W tym momencie nadrabiam zaległości i wrzucam przepis na świtną czosnkowo-pietruszkową sałatkę do słoików cioci Mary.
Historia tej sałatki sięga po Górny Śląsk gdzie dziarskie dziołchy na jednej z kopalń raczyły się tą sałatką na potęgę i produkowały ją w ilościach iście górniczych. Tak słyszałam od mojej cioteczki, która zachwalała mi przepis i zachęciła do jego wypróbowania. Jak zwykle miała rację sałatka jest świetna! Żałuję, że zrobiłam z połowy porcji, bo spokojnie pochłonęlibyśmy i porcję podwójną! :)
Sałatka świetnie nadaje się jako dodatek do obiadu równie świetnie sprawdzi się jako sałtka na kanapki oraz wszelkiego rodzaju domowych fast foodów typu hot dogi, hamburgery itd. Jeśli w piwnicy zalega Wam jeszcze przerośnięta cukinia zachęcam do zrobienia tej sałatki, bo naprawdę warto!

Składniki: na ok. 14 słoików poj. 0,5l)

5kg cukinii
1/2 kg cebuli
1 główka czosnku
200g marchewki
1 spory pęczek natki pietruszki
4 łyżki soli
1/2szklanki cukru
3/4 szklanki oleju
1 szklanka octu

Cukinię obrać, wyciąć gąbczaste środki (ja pozbyłam się środków ze skórki cukinii nie obierałam) zetrzeć na tarce o grubych oczkach lub pokroić obieraczką do warzyw we wstążki.
Marchew zetrzeć równiez na tarce o grubych oczkach, cebulę posiekać podobnie uczynić z pietruszką. Czosnek pokroić w cieniutkie plasterki (ja swój częściowo pokroiłam a część posiekałam). Całość posolić i wymieszać.
Z octu, cukru i oleju zagotować zalewę.
Gorącą zalewę wlać do cukinii, dokładnie wymieszać, porozkładać do wyparzonych słoików, krawędzie słoików wytrzeć ręcznikiem papierowym, zakręcić. Pasteryzować 8-10minut od czasu zagotowania.

piątek, 23 września 2016

Gruszki w syropie

Gruszki w syropie to moja spuścizna ciężkiej pracy na urlopie i przetworowego szaleństwa! Gdy tylko wróciłam do domu z wojaży z moim M. a kalendarz wskazywał, że do powrotu do pracy pozostały jeszcze 4 dni postanowiłam wycisnąć z nich wszystko co najlepsze jak
przysłowiową cytrynę! W ruch poszły wszelkie możliwe owoce i warzywa nie umknęły mojej uwadze również gruszki obficie rosnące na gruszy obok mojego domu. Postanowiłam przetworzyć je na trzy sposoby, gruszki w occie, w syropie oraz mus gruszkowy. Ten ostatni niestety z powodu awarii końcówki miksującej w mikserze ręcznym i wkruszeniu opiłków z rączki miksującej musiał wylądować w koszu... Na szczęście wersja w occie i syropie jak najbardziej wyszła pomyślnie stąd dzielę się z Wami na najlepsze gruszki w syropie, które za sprawą użycia cukru kokosowego mają bajecznie słodki i karmelowy aromat, który sprawia, że są jeszcze pyszniejsze! Co z takimi gruszkami można począć? Można zrobić ciasto czekoladowe i dodać je do środka, można zjeść prosto ze słoika, można również użyć ich do
zimowej jaglanki lub owsianki, sposobów na użycie takich gruszek jest tyle ile dusza łasucha zapragnie! A za sprawą użytego cukru kokosowego to nawet łasuchy na wszelkich dietach mogą od czasu do czasu sobie pozwolić... ;)

Składniki:
1kg twardych gruszek
30 dag cukru kokosowego (lub zwykłego)
0,75l wody

Gruszki obrać, przekroić, usunąć gniazda nasienne. Wrzucić do wody zakwaszonej cytryną lub kwaskiem cytrynowym aby nie ściemniały.
Z wody i cukru zagotować syrop. Gotować na małym ogniu ok.10 minut.
Po tym czasie włożyć gruszki i gotować ok. 5minut po czym wyjąć łyżką cedzakową z garnka i poukładać do wyparzonych słoików, do każdego słoiczka można dodać ziarenko goździka. Słoiki zakręcić.
Pasteryzować 10minut od czasu zagotowania.

środa, 21 września 2016

Markowe ciasto

To ciasto to mój wymysł, który powstał z potrzeby przygotowania imieninowego ciasta do pracy dla mojego M. W związku z tym, że po zwolnieniu lekarskim dopadła mnie praca z każdej możliwej strony i stos obowiązków sprawiał, że cierpiałam na chroniczny brak czasu musiałam się nieźle nagimnastykować żeby wyczarować dwa placki! Mój wybór padł na dostojne jednak bliżej nieokreślone ciasto tortowe oraz sernik gotowany w pierwotnej wersji z truskawkami niestety życie i czas zweryfikowało moje plany, sernik gotowany powstał ale na herbatnikach i zamiast truskawek miał w sobie delicje i galaretkę natomiast ciasto tortowe to była jedna wielka improwizacja, która jak się później okazało była udanym przedsięwzięciem! :)

Zaczęłam od bazy jaka był wcześniej upieczony przeze mnie biszkopt na tej podstawie rozpoczęłam swoją improwizację, na którą przepis poniżej ;)

Składniki:

Biszkopt z 6 jaj (klik)
1 słoiczek (200g) czekośliwki (klik)
1 opakowanie podłużnych biszkoptów do tiramisu
100ml likieru amaretto
50ml przegotowanej wody
1 kostka masła
1 puszka masy krówkowej
10dag rodzynek namoczonych w alkoholu

Polewa czekoladowa:
1/3kostki masła
1/2szkl. cukru
3 łyżki mleka
2 łyżki kakao

Biszkopt przekroić wzdłuż na dwie części.
Pierwszy placek lekko nasączyć przegotowaną wodą.
Posmarować czekośliwką.
Biszkopty moczyć w likierze amaretto rozrobionym w wodzie. Układać na warstwę czekośliwki.
Masło utrzeć na puch, stopniowo dodawać masę krówkową stale miksując. Na koniec dodac dosączone rodzynki, wymieszać. Masę wyłożyć na biszkopty.
Przykryć drugim plackiem.

Przygotować polewę:
Masło cukier i mleko zagotować. Dodac kakao wymieszać i ponownie zagotować stale mieszając pilnować aby się nie przypaliło.
Ciepłą polewę rozsmarować na biszkopcie, pozostawić do przestygnięcia. Udekorować wg uznania.
Moje ciacho udekorowane jest rozetkami z kremu z białej czekolady i wanilii a także kremu kakaowo-bananowego w tym przypadku aby nanieść rozetki musiałam odczekać aż polewa ostygnie jeśli nasza fantazja nie sięga aż tak daleko i chcemy udekorować ciasto np. wiórkami kokosowymi wtedy śmiało sypiemy wiórki na jeszcze ciepła polewę.
Ciasto pozostawić najlepiej na noc do stężenia.
Pycha! :)

Brak zdjęcia w przekroju wynika z konieczności zabrania całego placka do pracy - tak jak to napisałam we wstępie ;)



poniedziałek, 19 września 2016

Bezmleczny shake bananowo-orzechowo-czekoladowy

Mleko roślinne oczywiście z mlekiem krowim ma tyle wspólnego co schabowy z tortem niemniej jednak jak się nie może mieć tego co się lubi... Z tej właśnie przyczyny zaczęłam produkować swoje mleka roślinne. Ostatnio prezentowałam Wam przepis na mleko z
orzechów włoskich teraz czas na fajnego shake'a orzechowo-czekoladowego jak dla mnie bomba! W takiej wersji mleko roślinne jak najbardziej daj radę co więcej taka wersja jest o wiele smaczniejsza! Mocno orzechowy, lekko słodki (dosłodzić można wg upodobań jeśli do mleka damy więcej daktyli wyjdzie genialne! Ja troszkę z daktylami pożałowałam z względu na wysokie IG ale następnym razem dorzucę kilka więcej, bo wiem, że cud słodsze było by jeszcze smaczniejsze!
Jak wpadłam na takie mleko? W lodówce została mi szklanka mleka orzechowego, które domagało się wykorzystania długo się nie zastanawiając postanowiłam przerobić je na wersję czoko-bananową i... wyszedł obłęd! :)

Składniki (na 1 szklankę)

1 szklanka mleka orzechowego
1 łyżeczka gorzkiego kakao
1 łyżeczka ksylitolu lub erytrolu
1/2 dojrzałego banana
szczypta cynamonu (opcjonalnie)

Wszystkie składniki umieścić w blenderze, zmiksować na gładki koktajl.
Dzięki bananowi koktajl jest bajecznie aksamitny! :)

piątek, 16 września 2016

Dżem malinowo-bananowy

Dżem malinowy kojarzy mi się nierozłącznie z moim dzieciństwem moja kochana mamusia robiła go jak tylko pojawiały się maliny. Smak tego dżemu pamiętam do dzisiaj był cudownie słodki i kwaskowaty zarazem. W połączeniu z maślanym rogalem tworzył duet idealny! W tym roku dzięki Arturowi zostałam szczęśliwą posiadaczką 7kg malin! Ach jaka byłam szczęśliwa, że pierwszy raz w życiu nie muszę sobie udzielać malinek! Z 7kg powstały więc dżemy, soki, maliny w cukrze oraz maliny mrożone - idealne do ożywienia smutnej zimowej rzeczywistości, która już niedługo wedrze się w nasz klimat! Dzisiaj na tapetę idzie dżem malinowo-bananowy, który robiła moja mama (przynajmniej ja tak twierdzę - moja siostra tego nie pamięta). Nie wiem jak Wy ale mnie totalnie urzekły przetwory w małych słoiczkach, które nie dość, że wyglądają bajecznie to do tego są bardzo praktyczne, bo nie zalegają niedojedzone w lodówce. Takie małe przetwory po prostu zjada się na raz i po kłopocie! Aby zaopatrzyć się w nową porcje małych, ślicznych słoiczków postanowiłam wybrać się do mojego lokalnego wiejskiego sklepu Od i Do gdzie z szerokim uśmiechem przywitała mnie moja ulubiona ekspedientka Dorotka! Jak wielkie było moje zdziwienie i zachwyt gdy okazało się, że obok żelfixów, dżemiksów i innych fixów stała sobie szara paczuszka pektyny!! Długo się nie zastanawiając wyszarpałam jedną do swojego koszyka i
pospiesznie uiściłam za nią należność po czym z prędkością pędzącego pendolino pognałam na swojej białej strzale do domu gotować dżem! :) Dżem wyszedł genialny, nie za słodki, nie za kwaśny a do tego za sprawą pektyny idealnie gęsty! Dżem malinowy to przysłowiowa bułka z masłem pod warunkiem, że mamy solidny garnek z grubym nieprzywierającym dnem więc polecam Wam się zaopatrzyć w takowy i wykorzystać maliny póki są! Podobno w tym roku ich ceny są wyjątkowo niskie!!

Składniki:

2kg malin
2 banany
30g paktyny do dżemów (na 2kg owoców i 1kg cukru)
1,5 szklanki cukru kokosowego, ksylitolu a dla mogacych i lubiących zwykły poczciwy cukier biały kryształ.

Maliny przebrać i wrzucić do dużego garnka grubym dnie. Zasypać 1 szklanką cukru.
Gotować do momentu aż maliny puszczą sok i część z nich sie rozpadnie (część powinna zostać w całości), dodać pokrojone w kostkę banany.
Pektynę wymieszać z 1/2 szklanki cukru dodać do gotującego się dżemu i energicznie wymieszać do momentu całkowitego rozpuszczenia.
Dżem zagotować, zebrać pianę (jeśli się takowa utworzy), gorący dżem przelać do słoików. dla tych bardziej strachliwych zapasteryzować 10min od momentu zagotowania. Dla odważnych zakręcić słoik, postawić do góry dnem i wystudzić.

środa, 14 września 2016

Moja przygoda z Master Chefem

Mimo, że obiecałam sobie, że na blogu o tym nie wspomnę to ze względu na ogrom miłych słów i wiadomości zarówno od znajomych jak i ludzi zupełnie mi obcych muszę podzielić się z Wami moją krótką relacją na temat mojej ultraszybkiej kulinarnej kariery w TV, która skończyła się tak samo szybko jak się zaczęła ;) Mimo, że epizod z tym programem był dość krótki i podsumowałabym go jednym zdaniem: 'Showbiz mnie połknął i wypluł tego samego dnia' ;) To postaram się Wam przybliżyć moje kulinarne zmagania i Master Chefowe przygody :)       

Do Master Chefa zgłosiłam się wczesną wiosną tego roku po przejściu Pre-Castingu w Warszawie dostałam się na Casting główny w Krakowie gdzie miałam okazję zaprezentować się przed znanym wszystkim trzyosobowym Jury i usłyszeć, że trzy pierogi to bezczelność od p. Gessler. W mojej super szybkiej Master Chefowej przygodzie towarzyszył mi mój M. oraz Judyta z Kamilem, którzy jak wiadomo nie od dziś są moimi wiernymi testerami :))
Zanim trafiłam na nagrania do Krakowa na warszawskim pre-castingu zaserwowałam wiejskie ragu oraz deser, z musem rabarbarowo-imbirowym, na który przepis znajdziecie tutaj. W Warszawie było mi dane spotkać uczestników poprzednich edycji z Damianem Kordasem na czele - to był niewątpliwie jeden z najfajniejszych momentów w Master Chefie.

Zanim usłyszałam kultowe już 'To jest bezczelność' i przeżyłam na własnej skórze rzucenie talerzem muszę przyznać, że Master Chef to była fajna przygoda. Zobaczyć produkcję dużego programu od kuchni - bezcenne! Mimo wszystko (może teraz ktoś stwierdzi, że mówię tak, bo się dalej nie dostałam) ale szczerze mówiąc to powiem Wam, że kamień z serca, że na Castingu moja historia się zakończyła. Po prostu flesze, kamery i cała zakulisowa produkcja to nie dla mnie ;) Cieszę się jednak, że spróbowałam i na liście  rzeczy do zrobienia w moim życiu udział w Master Chefie został odhaczony! :)

Jeśli chodzi o jedzenie, które zaserwowałam, tak, zgadzam się z tym, że pierogów mogło być więcej niemniej jednak były smaczne! ;) O czym niekoniecznie mogliście z programu się dowiedzieć. Farsz do pierogów ludzie wyjadali łyżką więc sądzę, że im smakował ;) Rownież p. Ania i Michelle je pochwalili :)

Co wyniosłam z programu Master Chef? Kilku nowych znajomych Ula, pozdrawiam Cię serdecznie!! Świadomość, że TV to jednak nie jest miejsce dla mnie oraz to, że uśmiech to najbardziej drażniąca ludzi rzecz na świecie... ;) Nie ma lepszego sposobu na zdenerwowanie już nastroszonego negatywnie człowieka niż szeroki, szczery uśmiech! :) Dlatego kończąc już ten wpis chciałam powiedzieć Wam, że po przygodzie z Master Chefem uśmiecham się do ludzi jeszcze szerzej! Jednych to irytuje na szczęście większości choć trochę poprawia nastrój! :)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za każdy przejaw wsparcia i obiecuję, że gotować nie przestanę. 

Oczywiście w tym słodkim miodzie płynącym od znanych i nieznanych jest równiez łyżka dziekciu, gdzie lokalni hejterzy stwierdzili, że zawaliłam, poległam, byłam beznadziejna i się głupio uśmiechałam no ale cóż takich przypadków się nie przeskoczy lokalni hejterzy byli, są i będą na szczęście już za tydzień, dwa znajdą sobie z pewnością inny obiekt do plotkowania! ;)

Wiecznie uśmiechnięta i zadowolona Agnieszka! :) 

poniedziałek, 12 września 2016

Mleczko z orzechów włoskich

Mleka roślinne jak sami wiecie mlekiem są tylko z nazwy i gdyby nie to, że nasze kochane swojskie prawdziwe mleko muszę na jakiś czas odstawić a przynajmniej ograniczyć to ratuję się czym mogę w poszukiwaniu co rusz to nowych inspiracji nt mleka roślinnego.

Tak też było z przepisem, który prezentuję poniżej. Mleko z orzechów włoskich to odkrycie na blogu ALE ZAKWAS!. Przykuło moja uwagę głównie wykorzystaniem orzechów włoskich, z którymi w postaci mleczka jeszcze się nie spotkałam. Korzystając z okazji i faktu, że w sobotę zakupiłam pół kilo tych pysznych dobrodziejstw postanowiłam spróbować. Mleczko okazało się strzałem w 10! Jest pyszne, orzechowe i nie rujnuje domowego budżetu tak mocno jak mleko migdałowe lub z orzechów nerkowca :) Jestem szalenie zadowolona z efektu stąd dzielę się z Wami przepisem i zapowiadam, że już niebawem przepis na pyszny shake z wykorzystaniem mleczka, na które przepis poniżej :)

Składniki:
2 szklanki orzechów włoskich
4 szklanki przegotowanej wody
5-8 daktyli

Orzechy zalać wodą, odstawić na noc.
Daktyle zalać małą ilością wrzątku, również zostawić na noc.
Z orzechów odlać wodę, przełożyć do blendera, dodać daktyle i wodę, w której się moczyły następnie stopniowo wlewać 4 szklanki wody.
Miksować z przerwami około 10min.
Po tym czasie płynną masę orzechową przełożyć na sitko wyłożone gazą, gdy większośc płynu oddcieknie wtedy zawiązać gazę i dobrze odcisnąć orzechy z nadmiaru płynu.
Odciśnięte orzechy przęłożyć do pojemnika i wykorzystać do musli, placuszków lub innych pyszności.

piątek, 9 września 2016

Banoffee pie

Banoffee deser tak popularny i znany, że chyba nikomu nie muszę go specjalnie przedstawiać chociaż... u mnie w pracy na tą nazwę i opis deseru wszyscy zrobili oczy jak pięć złotych, bo nikt o nim nie słyszał, więc dla wszystkich, którzy z banoffee się nie spotkali rozjaśniam temat i mówię, że ten deser to jeden z najpopularniejszych deserów w Wielkiej Brytanii pyszny, nieskomplikowany, arcysłodki czyli tylko dla wielbicieli mocnych słodkich wrażeń! Jak się okazało sądząc po poruszeniu na moim profilu na fb amatorów słodkich wrażeń nie brakuje! :) Tuż po dodaniu zdjęcia pysznego deseru zaczęły pojawiać się komentarze i wiadomości kiedy przepis na to cudo pojawi się na blogu. Nie mogłam zawieść moich czytelników stąd przepis w ekspresowym tempie pojawia się już teraz. Zanim
zaznajomię Was jak zrobić pyszne banoffee w zaciszu własnej kuchni poniżej zapraszam do lektury w jaki sposób Banoffee pojawiło się w moim życiu! :)
Banoffee po raz pierwszy pojawiło się w moim życiu w okolicach szkoły gimnazjalnej, może liceum wtedy to zafascynowana przepisami z portalu Wielkie Żarcie upolowałam przepis na ciasto bez pieczenia z bananami i karmelem, które okazało się później sławnym banoffee zanim dowiedziałam się jak mój ulubiony deser się nazywa i gdzie ma korzenie robiłam go na potęgę praktycznie co niedziela (wtedy jeszcze nie straszny był mi cukier, który w tym deserze występuje w dość dużej ilości - patrz kajmak). Jak to bywa z ogromnymi fascynacjami po burzliwym i słodkim romansie przyszedł czas na zapomnienie i tak oto pyszne banoffee nie było robione przeze mnie przez ładnych parę lat do czasu aż mój M. powiadomił mnie, że będziemy mieć gości. Odwiedzić nas miały mojego M. kuzynki w tym jedna, która podczas ostatniej rozmowy powiedziała, że dla niej ciacho im słodsze tym lepsze! Stąd zaraz po tym jak pomyślałam, że muszę zrobić coś dobrego do kawy wpadłam na genialny pomysł żeby odkurzyć przepis na banoffee i zaserwować je moim gościom! To był strzał w 10! Podnienienia gości zostały należycie potraktowane! Jeśli chcecie oczarować domowników lub też przybyłych gości czymś arcysłodkim, pysznym i rozkosznym polecam zrobić ten deser dla mnie to po prostu obłęd! :)

Składniki: (na tortownicę 20-22cm)


250g herbatników maślanych
70g miękkiego masła
400g kajmaku (masa krówkowa z Biedronki ma właśnie 400g tyle ile nam trzeba!)
100g czekolady pomieszanej gorzkiej z mleczną
330ml śmietanki kremówki
2 śmietan fixy (moża zastąpić żelatyną jeśli ktoś jest wprawiony)
2 łyżeczki cukru pudru
2 duże banany

 
Ciastka zmiksować w blenderze na bardzo drobne okruszki wraz z masłem do uzyskania konsystencji mokrego piasku, można również ciastka rozbić na mniejsze cześci wkładając je do woreczka i wałkując wałkiem do ciasta po czym wymieszać z rozpuszczonym masłem.
Mokrym ciastkowym piaskiem wylepić spód tortownicy (ok. 20-22cm) wcześniej wyłożonej papierem, przy brzegu uformować rant (ok.1cm). Wstawić do lodówki na ok. kwadrans
Puszkę masy otworzyć i włożyć na chwilę do wrzątku (nie gotować!) aby masa nieco się rozpuściła (zwłaszcza jeśli była wcześniej w lodówce.
Czekoladę połamać na małe kawałki, włożyć do miseczki rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce (jeśli deycujemy się na mikrofalówkę czekoladę należy rozpuszczać w cyklach 30s po każdych 30s przemieszać i wstawić na kolejne 30s do momentu aż czekolada będzie pięknie rozpuszczona).
Masę kajmakową przełożyć do miski, wlać czekoladę i zmiksować na gładki krem. Wyłożyć na spód. Ponownie wstawic do lodówki.
Banany pokroić w grubsze plasterki, skropić cytryną. Ułożyć na warstwie karmelowej.
Ubić śmietanę podczas ubijania dodać cukier puder i śmietan fixy. Gotową bitą smietanę wyłożyć na banany. Całość wstawić do lodówki na min. 4h
Deser wyjąć z lodówki na 20-30min. od momentu kiedy będzie serwowane (musi nieco zmięknąć), tuż przed podaniem posypać ciemnym kakao i ew. udekorować bananami.

środa, 7 września 2016

Piekielnie ostry krem z pomidorów

O tym, że mój M. prosił mnie o zupę krem z pomidorów pisałam na blogu kilka razy między innymi przy historii powstania najlepszej zupy pomidorowej ever! Klik!
Korzystając z końcówki lata gdy pomidory w naszym klimacie są wtedy najpyszniejsze postanowiłam po raz kolejny podjąć wyzwanie i zrobić zupę krem z prawdziwego zdarzenia! Dużo się nie zastanawiając przeszłam do realizacji mojego wspaniałego planu! W kuchni zgromadziłam odpowiednią ilość pomidorów, przyprawy i inne niezbędne gadżety do zrobienia wymarzonej zupy krem dla mojego M. (zrymowało mi się! :) ).

Zupa wyszła pyszna, pyszna dla fanów piekielnych doznań czyli mojego M. jak najbardziej, dla mnie już mniej ;) Jeśli jesteście tak jak ja łagodnosmakolubni polecam zmniejszyć ilość ostrej papryczki dodawanej do zupy inaczej stworzycie w garnku istne piekło tak jak to zrobiłam ja! ;) Oczywiście dla złamania piekielnego smaku warto do porcji włożyć łyżkę gęstej kwaśnej śmietany, która wspomnianą już wcześniej przeze mnie ostrość złagodzi genialnie! Polecam również dodanie kilku pysznych grzanek czosnkowych z przepisu, który na blogu jest tutaj. Dla tych co dbają o linie polecam śmietanę zastąpić jogurtem greckim zaś grzanki pestkami dyni.

Składniki: (na 6 solidnych porcji)
10 średniej wielkości podłużnych pomidorów
2 średniej wielkości białe cebule
1 ząbek czosnku
2 papryczki piri piri (u mnie ze słoiczka dla wielbicieli bardziej delikatnych smaków polecam dać tlyko jedną)
sól, pieprz, cukier do smaku
200ml buliony warzywnego lub drobiowo-warzywnego

Pomidory sparzyć, pozbyć się skórki i białych środków, pokroić.
Na patelni rozgrzać dwie łyżki oleju/oliwy co kto lubi i podsmażyć pokrojoną w kostkę cebulę (nie trzeba kroić drobno potem wszystko i tak zostanie zmiksowane).
Gdy cebula się zeszkli dodać pokrojone papryczki piri i posiekany ząbek czosnku. Całość przesmażyć, dodać pomidory chwilę dusić, podlać bulionem. Dusić kolejne 8-10minut.
Dodać odrobinę soli, pieprzu i cukru.
Całość zmiksować, ponownie zagotować i doprawić do smaku.
Podawać z kleksem kwaśnej śmietany, grzankami lub uprażonymi pestkami dyni.

poniedziałek, 5 września 2016

Jesienna zapiekanka

Pewnego popołudnia a może nawet wieczoru zupełnie bez sił postanowiłam przygotować obiad w związku z tym, że M. domagał się nieśmiało ziemniaków myśli moje krążyły wokół tego warzywa. W lodówce czekał na zagospodarowanie brokuł a w pojemniku cierpliwie marynowały się filety z kurczaka z tej trójki postanowiłam zrobić coś szybkiego i
przysparzającego roboty zarówno przy gotowaniu jak i sprzątaniu - ilość naczyń tego dnia postanowiłam ograniczyć do minimum :) Po chwili namysłu postanowiłam wyczarować zapiekankę. Jak postanowiłam tak i uczyniłam po godzinie w domu roznosił się nieziemski zapach pieczonych warzyw i kurczaka po prostu obłęd! Poza smakiem danie to ma ogromny walor estetyczny, bo jak się a nie patrzy to cieszy oko jak mało które! Paleta barw przepełniająca blachę pełna pyszności sprawiła, że postanowiłam to dani nazwać jesienną zapiekanką!

Składniki: (na dużą prostokątna blaszkę)
5-6 dużych ziemniaków
2 marchewki
1 brokuł
1 żółta papryka
2 średniej wielkości czerwone cebule
sól, pieprz, suszona bazylia
2 łyżki aromatyzowanego oleju (lub zwykłego rzepakowego)
40dag piersi z kurczaka zamarynowanej w ulubiony sposób (u mnie sos sojowy, czosnek niedźwiedzi, odrobina soku z cytryny, sól, pieprz, czerwona słodka papryka)
1/2 szklanki startego sera typu parmezan

Ziemniaki, marchew i cebulę obrać. Ziemniaki i marchew umyć. Ziemniaki pokroić w tzw. ósemki (aby kształtem przypominały łódeczki) zaś marchew pokroić w talarki ok. 1cm.
Cebulę pokroić w ćwiartki (rozwarstwić)
Brokuł podzielić na różyczki, oczyścić.
W dużym garnku zagotować wrzątek z 1 łyżeczką soli. Na wrzątek wrzucić ziemniaki i marchew, gotować dosłownie 2-3minuty po czym odcedzić łyżką cedzakową i ułożyć na wcześniej natłuszczonej blaszce. Warzywa przemieszać tak aby warzywa pokryła cienka warstwa oleju. Następnie je posolić, popieprzyć i posypać bazylią. Ponownie przemieszać.
Na wrzątek wrzucic brokuł, który gotować również bardzo krótko ok. 3-5minut.
Na ziemniaki ułożyć podgotowany brokuł, pokrojoną w dość dużą kostkę (1cm x 1cm) oraz cebulę. Między warzywa powciskać kawałki kurczaka (ok. 3-4cm) całość przykryć folią aluminiową i wstawić do piekarnika na ok.30minut po tym czasie zdjąć folię, posypać parmezanem i wstawić do piekarnika na kolejne 15minut.
Zapiekanka najlepiej smakuje od razu po upieczeniu.

Printfriendly